

Ten dzień był bardzo intensywny. W drodze na belgijskie lotnisko umówiłem się na spotkanie z dawno nie widzianą osobą. I nie był bym sobą gdybym nie postarał się upiec przysłowiowej drugiej a właściwie trzeciej pieczeni. I znalazłem a raczej wybrałem spośród kilku lokacji. Miasto Dendermonde wygrało w cuglach ponieważ posiada beginaż. A ja jestem wielkim ich fanem. Beginaż św. Aleksego był enklawą ciszy i spokoju podczas targowego dnia. Omal nie ominąłem wejścia do niego bo usytuowane jest w bramie jednej z kamienic. Raczej instynktownie podniosłem głowę i zobaczyłem jego szyld. Prawie jednolita zabudowa beginażu otacza trapezoidalny dziedziniec z umieszczonym centralnie kościołem. Budynki wyglądają na opuszczone ale nie są zdewastowane. Początki beginażu w tym miejscu sięgają roku 1288 a w roku 1998 wpisano ten kompleks na listę dziedzictwa światowego UNESCO. Lubię takie miejsca gdzie potężna historia i nimb tajemnicy tworzą ciekawą atmosferę. Mieści się tu małe muzeum a wstęp na teren jest bezpłatny.













Miasto Dendermonde jest znacznie starsze od beginażu. Archeolodzy znaleźli tu ślady ludzkiej działalności datowane na 10 000 lat wstecz. Odkryto zabytki rzymskie i wczesnogalijskie. Lokalizacja usytuowała Dendermonde między dwoma szlakami rzecznymi na Dender i Skaldzie zaczynając rozwój miasta od twierdzy strzegącej spokojnego handlu. Pierwsze wzmianki o Dendermonde pojawia się w kronikach w roku 1087. W XIII i XIV wieku Dendermonde było miastem otoczonym murami, które w pełni się rozwijało dzięki przemysłowi tekstylnemu. Miało mury, wieże i bramy z piaskowca a także cztery bramy. W roku 1233 Dendermonde otrzymuje prawa miejskie.



Ze średniowiecza wywodzi się najbardziej znana tradycja miasta – Ros Beiaard. To procesja odbywająca się średnio co 10 lat i powodująca w mieście znaczne poruszenie. Odbywa się ona na cześć zakładu między synami Aymona, bogatego i wpływowego mieszczanina a synem Karola Wielkiego. Nagroda w zakładzie był wyjątkowo rosły i silny koń Ros Beiaard. Przegrany w grze zostaje zabity , zwycięzca dostaje konia. Bracia wygrywają i zmuszeni są po śmierci syna Karola Wielkiego do ucieczki. Król zgadza się na pokojowe zakończenie konfliktu pod warunkiem że bracia zabiją konia. Procesji związanych z tą legendą jest we Francji kilka. I tak w Dendermonde odbywa się procesja gdzie na wielkim czarnym drewnianym koniu siedzi czterech zawsze miejscowych braci.
















Tereny między Antwerpią i Gandawą w wyniku wielokrotnych zawirowań historycznych wielokrotnie przechodzą z ,,rąk do rąk,,. W XVI wieku wojna osiemdziesięcioletnia redukuje liczbę mieszkańców o połowę. Rządzą tu Francuzi, Austryjacy, działa hiszpańska inkwizycja a nawet Holendrzy. Ciekawostką jest że po Brukseli i Mechelen, Dendermonde było trzecim miastem na kontynencie europejskim, które otrzymało stałe połącznie kolejowe już w roku 1837. Linia prowadziła z Mechelen do Gandawy. Wiek XX to wielki pożar w wyniku podpalenia przez Niemców w 1914 roku, w miarę spokojne przejście przez drugą wojnę oraz przeprowadzenie dużych prac publicznych w latach sześćdziesiątych.

Obecnie miasto jest bardzo pocztówkowym miejscem na kilkugodzinny spacer. Główną atrakcją jest Begijnhof. Równie ciekawy jest ratusz i kompleks budynków sądowych. Jest jeszcze kościół Notredame de Termonde na który czasu mi zabrakło. Jednak to nic straconego, jeszcze nie raz będę w tamtych stronach.
